Dysleksja to nie choroba

Dysleksja to nie choroba – wywiad z prof M. Bogdanowicz na temat dysleksji w serwisie Gazeta.pl

  • Marcin Górka:
    Czy dysleksja to choroba? I jak ją leczyć?
  • Prof. Marta Bogdanowicz, wiceprzewodnicząca Europejskiego Towarzystwa Dysleksji, specjalista psychologii klinicznej dziecka na Uniwersytecie Gdańskim i przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Dysleksji:
    Przede wszystkim nie wolno mówić o leczeniu. Dysleksja to nie choroba, ale specyficzne zaburzenia uczenia się. Dotyczą one rozwoju funkcji, które uczestniczą w czytaniu i pisaniu. Czyli po prostu uczeń ma kłopoty z czytaniem i pisaniem. Są to kłopoty specyficzne – inne niż te, które mają dzieci upośledzone umysłowo. One mają zaburzenia spowodowane ogólnym obniżeniem sprawności umysłowej. U dzieci dyslektycznych nie ma zaburzeń rozwoju umysłowego. Ich trudności są wąskozakresowe. Intelektualnie pracują bardzo dobrze, czasem nawet wybitnie. Dyslektykami byli m.in. Edison, Andersen, nawet Einstein czy Churchill, są nimi Jacek Żakowski i Adam Wajrak. Jacek Kuroń – też dyslektyk – powiedział mi kiedyś, że nigdy nie wróciłby do szkoły. Prędzej do więzienia, bo tam zdążył się zadomowić, albo do wojska, którego nienawidził, ale ostatecznie jeszcze by tam poszedł. Kuroń dowiedział się, że jest dyslektykiem dopiero jako dorosły człowiek. W szkole czytał z czystej kartki, udając, że coś tam napisał. Miał bardzo dużo nieprzyjemnych doświadczeń w szkole.
  • Jak wielu jest wśród nas dyslektyków?
  • Ostatnie nasze badania stwierdzają, że 10 proc. dzieci ma kłopoty z czytaniem i pisaniem na poziomie zerówki i IV klasy, a 13 proc. dzieci to z dysortograficy. To znaczy, że w każdej klasie takie kłopoty może mieć troje dzieci. Głęboką dysleksję ma natomiast statystycznie jedno dziecko w klasie. Te badania trzeba by jednak powtórzyć. Aktualnych danych w Polsce nie mamy.
  • Na ile mamy świadomość, że dysleksja w ogóle istnieje i czym naprawdę jest?
  • Ludzkość o dysleksji dowiedziała się w 1896 r., kiedy w Wielkiej Brytanii opisano po raz pierwszy jej przypadek. A w Polsce pierwsze publikacje na ten temat pojawiły się w latach 30. Szerzej nauka zajęła się tym problemem 40 lat temu. Ale ta wiedza do tej pory była znana specjalistom w poradniach psychologiczno–pedagogicznych. Nic nie wiedzieli na ten temat na przykład nauczyciele, nie uczono ich o tym na studiach. Kiedy kończyłam Uniwersytet Jagielloński, nie wiedziałam o dysleksji nic. Kiedy zaczęłam pracę, to zjawisko było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. I do dzisiaj uczelnie podają wiadomości o dysleksji tylko tym studentom, którzy kształcą się na specjalistów. Efekt? Spotykam się z rodzicami, którzy żalą mi się. Mówią, że nauczycielka na wieść o dysleksji ucznia stwierdza: “A co to za nowinka? Kto to wymyślił”?. Dlatego w 1990 r. byłam inicjatorem powstania Polskiego Towarzystwa Dysleksji. Od początku jestem też jego przewodniczącą. To ruch społeczny, w którym uczestniczą zarówno rodzice dzieci dyslektycznych, jak i osoby z dysleksją oraz specjaliści. W 1996 r. zrobiliśmy badania na temat świadomości, czym jest dysleksja. Wynika z nich, że osobami najlepiej zorientowanymi są pracownicy poradni. Ale i ich wiedza rzeczywista jest mniejsza od deklarowanej. Następną grupę stanowią rodzice dyslektyków, którzy po prostu edukowali się, walcząc z problemami własnych dzieci. Nauczyciele nauczania wczesnoszkolnego wiedzą też dość dużo, bo to jedyna grupa, która ma na studiach psychologię kliniczną dziecka. Dużo mniej wiedzą nauczyciele języków obcych, a najmniej – lekarze pediatrzy. Oni nie wiedzą o dysleksji kompletnie nic. A to niedobrze, bo to pierwsi specjaliści, z którymi spotykają się rodzice. Im powierzają problemy swoich małych dzieci. Pediatrzy zniechęcają rodziców do walki z dysleksją, mówiąc, że problemy ich dzieci to nic wielkiego, są przejściowe albo że w ogóle nie należy się nimi przejmować.
  • Jaka jest wiedza o dysleksji nauczycieli w wyższych klasach?
  • Myślę, że teraz jest już coraz lepiej. Ta świadomość rośnie z roku na rok. Działalność Towarzystwa i nagłośnienie problemu przez media sprawiły, że coraz więcej ludzi wie, czym jest dysleksja. Chyba wszyscy nauczyciele już “coś wiedzą”. Ale stan tej wiedzy nie zawsze jest zadowalający. Poloniści i nauczyciele języków obcych, tak jak i wuefiści nadal jednak wychodzą z uczelni “nietknięci” taką wiedzą. Nie zdają sobie sprawy z tego, że dzieci dyslektyczne mają problemy z wykonywaniem niektórych układów gimnastycznych, utrzymaniem równowagi, chwytaniem, rzucaniem piłki. Bo dysleksja nie objawia się tylko na języku polskim, ale i przy rozwiązywaniu zadań arytmetycznych, geometrycznych, na geografii. Są kłopoty z automatyzacją ruchów, bo dysleksja, jak już wiemy, jest związana z zaburzeniami móżdżka.
  • A czy nie jest tak, że często uczniowie i rodzice wykorzystują dysleksję do tego, by ułatwić sobie naukę w szkole? Taki papier sporo załatwia…
  • Rzeczywiście tak też bywa. I nie ma się temu co dziwić, bo natura ludzka jest taka, że jak można sobie życie ułatwić, to chętnie się z możliwości korzysta. Wiemy przecież, że najlepsze idee i pomysły bywają tak karykaturalnie wynaturzane i deformowane, że sam autor ich na końcu nie poznaje. Są więc osoby, które próbują tak zrobić. Ale od tego są zespoły specjalistów w poradniach psychologiczno-pedagogicznych, by takie przypadki się nie zdarzały. To zespół uznaje, czy w danym wypadku mamy rzeczywiście do czynienia z dysleksją, czy nie. Wówczas nauczyciel ma dostosować swoje wymagania do możliwości. Ale taka opinia nie jest zwolnieniem lekarskim od błędów ortograficznych, to skierowanie do pracy. Kiedy rodzic otrzymuje opinię i przynosi ją do szkoły, wtedy powinno dojść do kontraktu pomiędzy rodzicem, wychowawcą i dzieckiem. Na tej podstawie nauczyciel nie powinien oceniać ilościowo, ale jakościowo. A więc nie postawi którejś z rzędu jedynki za błędy w dyktandzie, ale napisze: ?Zrobiłeś błędy takich a takich rodzajów?. Dziecko otrzyma potem od nauczyciela partię ćwiczeń, które mają te błędy eliminować. I wtedy rodzice i dziecko na podstawie tego kontraktu powinni się czuć odpowiedzialni za wykonanie tego zadania. Wówczas widać, że dziecko pracuje nad konkretnymi problemami, a nie jest jakimś uprzywilejowanym uczniem w klasie. Koledzy nie będą zazdrościli dyslektykowi tego, że zamiast złej oceny dostał przydział pracy, który ma wykonać w tym tygodniu. Będzie sprawdzany i odpytywany. Jest to więc rozwiązanie pożądane i sprawiedliwe. Może się jednak zdarzyć i tak, że rodzicom ani dziecku nie będzie się chciało pracować. W tej sytuacji nauczyciel powinien odłożyć tę opinię i powiedzieć, że będzie ją honorował dopiero wtedy, gdy stwierdzi, że kontrakt będzie realizowany. Wymagania wobec ucznia nie mają być obniżane, ale dostosowywane do jego możliwości. To bardzo istotna różnica.
  • Jaka jest droga od momentu rozpoznania dysleksji ucznia? Kto powinien dysleksją rozpoznać, pokierować pracą z dzieckiem?
  • Pierwszy powinien rozpoznać dysleksję pediatra. Jak już wspomniałam, oni wiedzą jednak najmniej, więc szykujemy teraz dużą akcję, która ma na celu upowszechnienie wiedzy o dysleksji. Jak nie oni, to nauczyciel w przedszkolu. Ci mają wiedzę taką sobie. Od 1993 r. jest rozporządzenie, które zobowiązuje przedszkola do ćwiczeń korekcyjnych. Niestety nie odbywają się one. Nie ma zajęć ze specjalistami, którzy potrafiliby odnaleźć dyslektyków i pokierować ćwiczeniami. A dzieci w przedszkolu mają na przykład kłopoty z zapamiętaniem nazw tygodnia, nazw posiłków, pory dnia i tego typu podstawowych informacji. Potrzebne są ćwiczenia ustawiające motorykę rąk, ruchowe, korekcyjne i językowe. Dobrze byłoby, gdyby nauczyciele to zauważali, ale niestety…
  • Jeśli nie przedszkole, to kto wreszcie powinien dysleksję rozpoznać?
  • Dziecko idzie do zerówki, gdzie uczy się już czytać. I pojawiają się duże rozbieżności. Ale nauczyciele mówią najczęściej: “Proszę państwa, rozbieżności są bardzo częste, proszę się nie przejmować”. Uspokajają rodziców, zamiast powiedzieć, że to dziecko ryzyka dysleksji, z którym trzeba intensywnie pracować. Czemu to ma służyć? Tego nie wiem. W pierwszej klasie dziecko zmienia nauczyciela, a komunikacja między szkołą a przedszkolem, jeśli chodzi o informacje o zdrowiu dziecka, jest dzisiaj żadna. Nowy nauczyciel uznaje, że wszystkie dzieci mają jakieś kłopoty. I w rezultacie poważne problemy zaczynają się w czwartej klasie, kiedy trzeba się już uczyć za pomocą czytania. Wtedy następuje otrzeźwienie. Ale są dzieci inteligentne, które się uczą nawet ze słuchu. A nawet tak kombinują, że wiadomości, które powinny brać z podręcznika, czerpią z innych źródeł, np. z telewizji. Sądzę, że wiele przypadków dysleksji odkryje się przy egzaminie na koniec szóstej klasy. Dobrze, że nie przy maturze, jak to było do tej pory. A są takie przykłady. Jedno jest jasne: dysleksję można rozpoznać na pewno i z powodzeniem już w drugiej klasie, a nie, jak wielu uważa, w szóstej.
  • Czy dzieci często spotykają się z szykanami w szkole?
  • Teraz na szczęście już coraz rzadziej. Ale wiele osób nosi w sobie urazy, które pozostaną do końca życia. Znam osoby, które z powodu dysleksji mają zniszczone życie. Mam podopiecznych, dorosłych mężczyzn, którym nie udało się zdać matury, poszli do wojska, potem do pracy. A przy dzisiejszej konkurencji na rynku szalenie trudno im utrzymać rodzinę. I nie zrobią już tej matury do końca życia.
  • Co należy zrobić, gdy w końcu dysleksja jest rozpoznana?
  • Dziecko powinno się spotkać z nauczycielem-terapeutą. Wiele szkół ma swoich terapeutów, a informacje o nich można uzyskać w poradni psychologiczno-pedagogicznej. My też prowadzimy taki bank informacji o terapeutach, także tych, którzy otwierają prywatną działalność gospodarczą, bo dla wielu z nich nie ma państwowych etatów.
  • Co zrobić, by dzieci nie krzywdzić, by nie było tragedii w domach, szkołach z powodu dysleksji?
  • Tragedie faktycznie są. Matka zwalnia się z pracy, by zająć się dzieckiem, często spotyka się do tego z niezrozumieniem nauczycieli. Konieczne jest więc kształcenie studentów i zapewnienie przez uczelnię każdemu przyszłemu nauczycielowi jakiś podstawowych choćby informacji o dysleksji. Poza tym trzeba uświadamiać lekarzy, nauczycieli w przedszkolu. I dać zielone światło prywatnym poradniom psychologiczno-pedagogicznym. Bo niestety dysleksja to problem tak wielki, że na całym świecie nie da się go objąć tylko państwową terapią. A więc kształtować i budować świadomość. “Gazeta Wyborcza” robi bardzo dobrą robotę, bo sygnalizuje wszystkie nowe informacje z zakresu badań naukowych w tej dziedzinie.

Tekst: Gazeta.pl

Zobacz także:

About these ads

One thought on “Dysleksja to nie choroba

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s